Nadgoniłem w końcu i uzupełniłem stan przeczytania serii książek Lee Childa o Jacku Reacherze. Na tę chwilę w Polsce na serię składa się 19 tomów, ale za miesiąc ma się ukazać najnowszy, dwudziesty tom (oryginał ukazał się latem tego roku).

Jeśli ktoś nie czytał jeszcze (są tacy?) to proponuję zrobić to samo, co i mi poleciła zrobić moja bibliotekarka: zacząć serię od tomu ósmego („Nieprzyjaciel”) i dopiero powrócić do tomu pierwszego („Poziom pierwszy”). Tom ósmy to retrospekcja, w którym poznajemy również brata Reachera i jego matkę, co okazało się być dość wygodne w świetle wydarzeń tomu pierwszego.
Jak się czyta Reachera? Część powieści pisana jest w pierwszej osobie, część (większość) w trzeciej. Dziwny zabieg
. Przestrzeń czasowa między powieściami początkowo była dość duża (co najmniej kilka-kilkanaście miesięcy), później zaczęła maleć. Zapewne Lee Child zorientował się, że seria „nieco” urośnie i życia Reachera mu zabraknie w tym tempie
. Rozkręcanie akcji zazwyczaj nie przebiega zbyt długo i dość szybko wskakujemy w główny nurt wydarzeń. Trzeba też przyznać, że całość jest dość spójna – nawet w ujęciu całej serii. No, może jakoś tak bez wyraźnego powodu zniknęła z radarów postać Jodie Garber.
Poza tym, mi osobiście postać Reachera bardzo przypadła do gustu, mogę go w swoim rankingu postawić na równi z Seanem Dillonem Higginsa
. Akcja jest zawsze wartka i dość ciekawa. Czas przy lekturze spędza się miło. Z czystym sumieniem mogę polecić każdemu fanowi powieści akcji.
…nie mogło zabraknąć słowa na temat jedynej (jak dotąd) ekranizacji Reachera – Jednym strzałem. No cóż… ekranizacja ma jeden podstawowy mankament – aktora grającego postać Jack Reachera. Otóż widzicie, oryginalny Jack Reacher to gość, który ma 195 cm wzrostu, ma 127 cm w klacie i waży ponad sto kilo. Aż tu nagle… na odtwórcę wzięli… Toma Cruise’a
czyli kurdupelka (nic mu nie ujmując). Poza tym „drobnym” (nomen-omen) faktem, fabuła jest w miarę dobrze oddana, choć oczywiście nie pozbawiona sporych skrótów. Kogo bym widział bardziej w tej roli? Chyba jestem skłonny zgodzić się z Drew McWeenym, że całkiem nieźle by tu pasował nie kto inny, jak Dwayne Johnson. Niemniej, szykuje się chyba kolejna odsłona Jacka Reachera z Tomem Cruisem w roli głównej. Pożyjemy – zobaczymy!

Dymitr Głukchowski, który dał nam się już poznać jako świetny autor powieści postapokaliptycznych (Metro 2033 oraz jej kontynuacja Metro 2034), w końcu pokazuje swoje prawdziwe oblicze.
W końcu udało mi się na chwilę oderwać od rzeczywistości pełnej zajęć i zanurzyłem się w kolejnej powieści Dymitra Głukchowskiego pt. Metro 2034. Wrażenie nr 1: jasnym jest, że do lektury Metro 2034 należy przystępować koniecznie po przeczytaniu poprzedniczki. Dlaczego? Nie dlatego, że jet tu kilka nawiązań do fabułyMetro 2033, bo z tym czytelnik da sobie radę – lecz dlatego, że w drugiej powieści brak tak obszernych opisów świata. Autor założył dość jasno, że czytelnik świat i realia w nim panujące już zna i skupił się wyraźnie na samych obecnych problemach. A jakie to problemy? Przychodzi mi tutaj na myśl jeden z najlepszych autorów sf – Philip K. Dick i jego ulubiony temat: kim jesteśmy? Kim jest człowiek? Dokąd zmierzamy? Lekturę Metro 2034 szczerze polecam – choć zapaleńców akcji ostrzegam, że to może być pozycja nie dla nich. To książka przeznaczona raczej dla tych lubiących wspomniane wyżej rozterki i rozważania duchowe. Dodatkowo, pisząc z perspektywy pół dnia po zakończeniu lektury, myślę, że Głukchowski zgrabnie napisał zakończenie, pozostawiając dość dużą swobodę w jego interpretacji samemu czytelnikowi. Warto przeczytać.